Ten blog będzie o nadziei, która pozwala żyć, która pomimo ran zadanych przez los podnosi i każe iść przed siebie. Ten blog będzie o rodzinie, której coś cennego zostało zabrane w Boże Narodzenie, ale też coś zostało podarowane. To będzie historia małych cudów.
"Nie płacz w liście nie pisz, że los Ciebie kopnął nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia Kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno Odetchnij, popatrz Spadają z obłoków małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz" ks. Jan Twardowski
Każda matka wie, ileż to jest do zrobienia gdy się ma dziecko... Trochę to nasze życie przypomina slalom gigant. Nie dość, że pomiędzy zabawkami, porozkładanymi domkami z krzeseł i kocyków, to i rozrzucony w czasie. Bo gdy tylko nasz mały szkrab zajmie się czymś na chwilę, i nie domaga się naszej obecności, nastawiamy KOLEJNE pranie, obieramy ziemniaki, by wstawić je za jakieś trzy godziny (w podobnej przerwie), myjemy gary, wycieramy stół. Na mycie okien, wycieranie kurzu czy składanie prania to już albo nie mamy siły, albo ochoty, albo czasu. I wtedy z pomocą przychodzi nasz domowy niewolnik!!! Czyli nikt inny, jak nasze drugie dziecko (w końcu po coś się je robi), zazwyczaj starsze, choć w naszym przypadku jest to nasz młodszy zbój. Naszego niewolnika (wszystko robimy po to by sobie wygospodarować dodatkowy czas) zaprzęgamy do pracy... I tak, zaczynamy od wycierania kurzu - w końcu lepiej jak jest starty choć troszkę niż wcale. Potem pozwalamy (tak pozwalamy, bo tu nie można mówić o przymusie; domowi niewolnicy rwą się do pracy) czyścić dolne partie okien, głównie tarasowych i balkonowych. Jak się dobrze spiszą, to sobie mogą zagrzać zmachana od pracy ręce przy myciu garów, by potem znów je ubrudzić przy robieniu ciasta, czy gotowaniu innych potraw. A na koniec zostawiamy odkurzanie.... A co my matki robimy w tym czasie???
ODPOCZYWAMY oczywiście.........
Dzisiaj wykorzystałam mojego niewolnika do bardzo czasochłonnego zajęcia...
Taki niewolnik to prawdziwy skarb. I na dodatek co chwilę woła:
Pierwsza jazda samochodem po lewej stronie zaliczona!!! Niedziela to dobry dzień na takie przedsięwzięcia. Przyciśnięta decyzją o wysłaniu Asi do szkoły, musiałam się w końcu zdecydować i siąść za kółkiem naszego europejskiego auta. To zawsze jakieś utrudnienie, ale przynajmniej jak na razie uniknę obijania sobie prawej ręki w poszukiwaniu gałki do zmiany biegów. Automat byłby świetnym rozwiązaniem...
Jak się jeździ? Dobrze, pewnie bezpieczniej niż w Polsce, ale i tak początki zawsze wymagają ode mnie większego skupienia. Przynajmniej mąż skorzystał - odpadł mu półgodzinny spacer do biblioteki.
Kto mnie zna, jako kierowcę, ten wie, że najbardziej lubię słuchać muzyki prowadząc samochód (dlatego tak miło wspominam dowożenie Asi do przedszkola w Katowicach). Trochę mnie denerwują te ichniejsze ograniczenia jeśli chodzi o szybkość, ale trudno. Przepisy są po to by ich przestrzegać!!! (Odbiję sobie kiedyś na niemieckiej cudownej A4).
Wracając do muzyki... jest kilka kawałków, które szczególnie kojarzą mi się z byciem kierowcą, zwłaszcza w zeszłym roku. Oto one:
i obowiązkowo:
i ostatnio:
Pewnie nazbierałoby się tego jeszcze więcej... pozostańmy przy tych kilku.
Ktoś chce się przejechać???
p.s. takie moje marzenie... przejechać Stany Zjednoczone od wybrzeża wschodniego do zachodniego... bez dzieci i bez marudzenia, za to z piękną, głośno słuchaną muzyką... Ktoś się dołącza???
Z początku ma się wrażenie doświadczanego absurdu, później się człowiek do tego przyzwyczaja... Dotyczy to nie tylko nas Polaków, ale właściwie całej Europy, w tym również Włochów, Hiszpanów czy Greków, których różnorodny temperament znany jest chyba wszystkim...
W Anglii czeka się na wszystko... znaliśmy to z naszego wcześniejszego pobytu w Exeter, ale teraz to już przesadzili...
Zacznijmy od prozaicznej sprawy jak sam wyraz "czekanie" czyli: abide, await, expect, hold, listen, wait. Pewnie znajdzie się jeszcze kilka innych określeń opisujących te czynność, ale nie przesadzajmy... taaaaaa, czeka się w wielu sytuacjach, z różnych powodów, w różnych pozycjach...
Przystanek autobusowy. Może to kogoś zaskoczy, ale przystanki stoją tyłem do przodu... ma to głęboki sens, wierzcie mi, w kraju, w którym często pada deszcz jest to rewelacyjne rozwiązanie - bo przynajmniej nikt nie zostanie ochlapany. Dodam, że zazwyczaj przystanki są przeźroczyste... Z przystankami związane jest wsiadanie do autobusu (wsiada i wysiada się zawsze drzwiami z przodu, tak nota bene chyba w ich autobusach nie ma więcej drzwi). Angielskość nakazuje, aby najpierw wyszli z autobusu, ci którzy chcą, czyli prawie jak u nas, a potem... i tu jest inaczej, najpierw wsiadają ci, którzy jako pierwsi przyszli na przystanek, a nie ci, którzy stali bliżej drzwi zatrzymującego się autobusu. Stąd można zaobserwować kolejki na przystankach autobusowych. Jeśli ktoś łamie tę zasadę, zostanie zrugany iście po angielsku... czyli bardzo kulturalnie. Jeśli autobus jest pełny i ktoś się nie zmieści, to nic nie szkodzi, przecież poczeka na następny... (u nas to już nieco trudniej).
Sklepowe kolejki. Można je zazwyczaj zauważyć w nieco większych sklepach, ale nie supermarketach (tam są takie jak u nas), czyli np. apteka Boots The Chemist, Primark, TK-Max... Kolejki wygladaja jak te na lotnisku, czyli w kształcie, powiedzmy że w kształcie, ślimaka... różnica w stosunku do lotniska jest taka, że wzdłuż kolejki poukładane są tzw, towary, które kupujemy pod wpływem chwili. Jest tego sporo i bardzo kuszą. Jak się czeka z dzieckiem, to na mur beton człowiek wzbogaci się o kolejną rzecz. Tam też wszyscy czekają spokojnie na swoje "Next please!" wywołane przez kasjerkę/kasjera.
Czekanie na realizację recepty. Tu pewnie będziecie zszokowani - u nas to jak w raju, nawet jeśli lekarz wbije tę cholerną pieczątkę "Refundacja do decyzji NFZu", to i tak mamy lepiej, bo jeśli w nie w ciągu kilku minut, to na pewno za kilka godzin, lek będzie w naszych rękach. W Anglii na to nie liczcie, chyba że jest to tzw. emergency, ale to już należy do decyzji farmaceuty. Tutaj receptę się po prostu zostawia, albo przesyła ja lekarz. Następnie jest ona sprawdzana prawnie i farmakologicznie i następnie jest przygotowywane lekarstwo, które jest podwójnie sprawdzane (tzw. double checked) - się wie (ma się męża farmaceutę). Dopiero wtedy można się stawić do odbioru leków, czyli na następny dzień, albo za dwa dni, albo za tydzień, bo lek musi zostać sprowadzony... no chyba że są danego dnia luzy (ha ha, raczej nie często) to za kilka godzin. Wszyscy to szanują i są wdzięczni, że dba się o ich zdrowie.
Czekanie na miejsce w przedszkolu. To jest to z czym się obecnie zmagamy. I temat angielskich przedszkoli zasługuje na odrębny post. Sytuacja jest podobna jak w Polsce, ale ze względu na ich system, w praktyce wygląda zupełnie inaczej.
Czekanie na wizytę u lekarza. Na pediatrę czekam od października. Wizyta pod koniec stycznia... A jeśli jesteś chory, to GP, czyli lekarz pierwszego kontaktu przyjmie cię za jakieś dwa dni, no może się uda, że na następny, ale na to bym nie liczyła. Moje dzieci, odpukać..., jeszcze tutaj nie chorowały, więc nie wiem, jakby to z nimi wyglądało, ale już się wypytałam zaprzyjaźnionej Angielki, co ona robi w takich przypadkach... nie czeka na GP, jedzie do specjalnej placówki... Ale to, co jest fajne, zawsze dostaje się list z zaproszeniem na wizytę, czy to do lekarza, czy na jakieś badania w szpitalu.
Czekanie na decyzję czyli biurokracja. Anglicy lubuję się w pisaniu listów (dlatego listonosze maja tu ręce pełne roboty). Pod koniec września oglądaliśmy szkołę dla Asi i od razu się na nią zdecydowaliśmy. Wysłaliśmy do właściwych osób naszą decyzję. Potem w trakcie odpowiadaliśmy na inne listy, robiliśmy to, o co nas grzecznie prosili. Wszystko po to, by w połowie grudnia się dowiedzieć, że nie ma tam miejsca. No szlag by ich... miejsca nie było dwa dni... się znalazło!
Inna sprawa to czekanie na benefity (na dzieci). Oj tutaj to tych listów jest więcej. Na wszystkie odpowiadam natychmiast (pewnie ku ich wielkiemu zaskoczeniu cała potrzebna dokumentacja wysłana była od razu i za bardzo nie maja o co prosić, ale i tak piszą). No to czekamy, nawet Brytyjczycy się dziwią, że jeszcze...?
Czekanie na wynajem mieszkania. To pachnie, powiedziałabym, że nawet śmierdzi, absurdem. Po podpisaniu umowy w agencji i wpłaceniu czynszu i depozytu nie dostaliśmy od razu kluczy. Musieliśmy odczekać 7 dni. Nie wiem po co. Rozumiem, gdyby zamierzali wyczyścić mieszkanie, wyprać wykładziny, ale nic z tego nie zrobili. Więc po co? Cholera jedna wie...
Tych czekań pewnie by się jeszcze trochę znalazło... może w trakcie jeszcze dopiszę.
Bardzo dziękuję za wszystkie sms-y które do tej pory zostały wysłane na mojego bloga w konkursie "Blog Roku 2011". Aktualnie jest on na 83 miejscu spośród 725 nadesłanych w tej kategorii. Jeszcze trochę brakuje do bycia w pierwszej dziesiątce, ale tylko troszeczkę ;-) Damy radę, co nie?
W każdym bądź razie bardzo dziękuję i proszę o więcej (niestety z Anglii nie mogę zagłosować)...
SMS o treści A00246 na numer 7122 (a zero zero dwa cztery sześć)
A dzień (trzynastego w piątek!!!) niech Wam umila piosenka, która ostatnio zawładnęła facebookiem.
Zwracamy się do Was z ogromną prośbą o przekazanie 1% z Waszego podatku na rzecz naszej córki Asi. Asia ma 5 lat, urodziła się zdrowa i prawidłowo się rozwijała. Mając 10 miesięcy zachorowała na zapalenie mózgu o niewyjaśnionej przyczynie. W wyniku choroby straciła wzrok, słuch, zdolności poruszania się i porozumiewania. Ma padaczkę lekooporną i lewostronny niedowład. Intensywna rehabilitacja oraz siła i charakter Asi pomogły jej na nowo widzieć i słyszeć. Trzy lata fizjoterapii oraz może wylanych łez sprawiły, że we wrześniu 2010 roku Asia znowu zaczęła chodzić. Jest bardzo pogodną i wesołą dziewczynką. Niestety do tej pory nie mówi i nie komunikuje swoich potrzeb. Nie rozumie też tego, co się do niej mówi. Psycholodzy i terapeuci robią, co tylko mogą, by pomóc Asi, ale kontakt i praca z nią są bardzo trudne.
Dzięki Państwa pomocy, dzięki 1% i darowiznom z zeszłego roku, latem wyjechaliśmy na delfinoterapię. Tuż po jej zakończeniu zaobserwowaliśmy małe pozytywne zmiany u Asi. Jest bardziej spokojna, skupiona i mamy wrażenie, że rozumie nas nieco więcej. W związku z tym zdecydowaliśmy się na kolejny wyjazd latem 2012 roku, jednakże koszt delfinoterapii znacznie przewyższa nasze finansowe możliwości. Koszt dziesięciu 30-minutowych sesji z delfinem plus koszty przelotu, zakwaterowania i wyżywienia to 6 tyś. euro. Dlatego również i w tym roku zwracamy się do Państwa o przekazanie 1% z rocznego rozliczenia podatkowego.
W rozliczeniu podatkowym należy wpisać nr KRS 0000018926 z dopiskiem "Dla Joanny Srokosz".
Jeśli oprócz 1% chcielibyście Państwo wpłacić na ten cel darowiznę, to wpłat można dokonywać na adres fundacji, pod opieką której jest Asia:
Regionalna Fundacja Pomocy Niewidomym, ul. Dąbrowskiego 55a, 41-500 Chorzów. Nr tel. 032 241-11-13 begin_of_the_skype_highlighting032 241-11-13end_of_the_skype_highlighting
Nr konta bankowego: ING Bank Śląski Katowice O/Chorzów nr 28105012431000002260246216
koniecznie z dopiskiem "dla Joanny Srokosz".
Z wyrazami szacunku
rodzice Asi: Anna Srokosz (Głowacz) i Aleksander Srokosz
Od kiedy jesteśmy w Plymouth, różne osoby czy organizacje starały nam się pomóc w organizacji naszego życia, zwłaszcza jeżeli chodziło o dzieci. Jednak najbardziej zaangażowała się Maria z YMCA - organizacji znanej w Polsce, w tym również w Krakowie (przynajmniej tam miałam okazję zapoznać się z ich działalnością). http://pl.wikipedia.org/wiki/YMCA Działa również odpowiednik żeński YWCA, ale ogólnie chodzi o wspomaganie rozwoju dzieci i młodzieży.
Początkowo chodziło tylko o zobaczenie ich przedszkola oraz o uczestniczenie w grupie dla dzieci nie objętych jeszcze obowiązkiem szkolnym (w Anglii 4-5 rok życia, w zależności czy dziecko urodziło się do 31 sierpnia czy po tym terminie). Maria zaangażowała się bardziej, zaskoczona negatywnie, że na wszystko trzeba czekać tak długo, starała się nas wspierać i naciskać na innych, by przyspieszyć pewne procedury. Bardzo ją polubiłam, ze wzajemnością. Jeśli jej przełożeni się zgodzą, to moje wyroby znajdą się u nich na recepcji i będą sprzedawane charytatywnie (na delfinoterapię dla Asi). Może też zorganizuje dla nich jakieś warsztaty, a oni dla mnie (już mi proponowała profesjonalny kurs udzielania pierwszej pomocy).
No tak, ale nie o Marii miało być... Chodziłam z dziewczynkami raz w tygodniu na grupę dla dzieci, gdzie to dzieciaki po prostu figlowały, goniły, śpiewały i robiły co tylko chciały...
Skąd "Goodbye" w tytule? YMCA już nie będzie się nazywało YMCA... zostało przejęte przez "4children". Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Na nas się to nie odbije, a wręcz skorzystamy bardziej, gdyż "4children" obejmuje opieka dzieci do 19 lat, więc poza przedszkolem i szkołą może coś się jeszcze znajdzie dla dziewczynek.
Mój Boże, teledysk ten za każdym razem doprowadza mnie do łez... Ci Panowie są cudni...
Kalendarza nie prowadzę, więc aby przywołać, to co się w tym roku wydarzyło i się nad tym zastanowić, zaglądnęłam do bloga i do moich zdjęć... sporo przeżyć, sporo zmian...
STYCZEŃ
Na początku roku wyznaczyłam sobie główny cel: uzbierać na delfinoterapię... udało się, choć to nie była moja zasługa... Miałam też inne, mniejsze marzenia/postanowienia i jedne udało się zrealizować a inne nadal czekają na swój czas...
Nowy Rok przywitałam w najlepszym towarzystwie (oczywiście brakowało kilku bliskich memu sercu osób, ale i tak było nas sporo). Przyjaźń to cudowny dar...
Ostatni Nowy Rok z Małyszem...zagadka, kogo zasłonił balonik? Odpowiedzi pozostawcie w komentarzach...
Styczeń obfitował w wiele wydarzeń i spotkań... Do tych bardzo udanych należy kolędowanie w B-B, choć dla nas bez kolędowania...
A co tam, pochwalę się! Moje zdjęcie zostało wyróżnione w konkursie zorganizowanym przez portal DEON.
Oto ono:
Jak się okazuje, przeglądanie zdjęć to rzeczywiście dobry sposób na przypomnienie sobie tego, co się wydarzyło...
4-go stycznia miało miejsce zaćmienie Słońca, widziane z Polski rewelacyjnie!
A na Trzech Króli wybraliśmy się do mojej babci do Gryżowa...niewiele brakowało, byśmy nie dojechali, ale i tak adrenaliny było sporo...
Główna droga z Kędzierzyna do Prudnika (były gorsze warunki, ale wtedy miałam taki przypływ adrenaliny, że nie zrobiłam zdjęcia...)
A pod koniec stycznia, moi rodzice sprezentowali nam bilety "na Małysza"... Było super, choć Małysz się tego dnia nieco poobijał, Kamil Stoch wypadł nieziemsko!
No i oczywiście czekała nas imprezka... urodziny Asiuni... (dodam, że nie jedna z tej okazji)
Ale największą niespodzianką był dla mnie prezent od mojego ulubionego pisarza, Charlesa Martina... Pewnego styczniowego dnia, z samego Jacksonville z Florydy, przyszła przesyłka. Książka z dedykacją dla mnie!!!
LUTY
Już w styczniu dowiedzieliśmy się, że Olek dostał się na studia..., ale dopiero w lutym przyszły dokumenty potwierdzające. Czekały nas wielkie zmiany... Z lutego jakoś brakuje mi zdjęć, więc wklejam piosenkę, której słuchałam...
MARZEC
Mój mąż się postarzał o kolejny rok... Zarezerwowałam termin delfinoterapii, choć pieniędzy nie miałam. Znajomi i ich znajomi rozliczali pity i 1% przekazywali na Asię, ale te pieniądze miały być dostępne dopiero w 2012 roku...
Asia dzielnie chodziła do przedszkola a Hania powolutku rosła - jak to ona...
Zaczęła się też wtedy nasza przygoda ze schodami - to dzięki częstym wyjazdom do Jabłonki...
KWIECIEŃ
Wiosna była piękna więc z Hanią chodziłyśmy na spacery do lasu... zbierałyśmy szyszki sosnowe, by z nich zimą zrobić stroiki, ale przeprowadzając się, byliśmy tak zapakowani, że nie było mowy, by je zabrać... a tutaj jeszcze nie znalazłam miejsca, gdzie by takie były.
A pod koniec kwietnia wesele, na które czekaliśmy baaaaaardzoooooo długo!
A poza tym nie obyło się bez krzyków przy rocznicy "Katyńskiej" i wariactw Anglików z okazji ślubu przyszłego następcy tronu...
Ku pamięci...
Najważniejsza wiadomość kwietnia... jest sponsor... pewien pan wpłacił darowiznę na rzecz Asi, akurat tyle ile brakowało - 20tyś. złotych!!!
MAJ
Rozpoczęty od góralskich poprawin zapowiadał się nieźle...
Zaczęły się pierwsze grile
Pierwsze kąpiele...
Dmuchanie 'latawców"...
Wypady na plac zabaw...
Jak tak patrzę na ten maj - to przypomniałam sobie jak bardzo musiało być ciepło...
Były też wypady do ukochanego Krakowa...
CZERWIEC
Czerwiec rozpoczęliśmy od wypadu do Jabłonki... Moja "mała" siostra zorganizowała charytatywne warsztaty taneczne na rzecz Asi... Ci młodzi ludzie są fantastyczni!!!
Koniecznie polecam do oglądnięcia poniższy filmik:
A, że wyjazd nasz zbliżał się wielkimi krokami, korzystaliśmy z dobrej pogody i jak najczęściej wyjeżdżaliśmy czy to do Jabłonki, czy do przyjaciół...
Festyn Orawa Dzieciom Afryki
Niedzielny wypad do Ustronia
Do Jabłonki przez Kraków - urodziny Ojca Wojtka...
Raj dla dzieci - Rabkoland (dla rodziców też się znajdzie jakiś wywoływacz adrenaliny)
A pod koniec czerwca tradycyjny zjazd rodzinny, nie wiadomo kiedy ponownie uda nam się w nim brać udział, więc tym bardziej cieszymy się, że byliśmy tam wtedy.
LIPIEC
Powitał nas wysypem chabrów...niebiesko było nie tylko w polach, ale i w domu... Hania z każdego spaceru przynosiła mi kwiaty...
Z obawą wyczekiwałam tego wyjazdu...
SIERPIEŃ
A w sierpniu żyliśmy delfinami. Zakochaliśmy się w tych niezwykle mądrych zwierzętach... Dzięki temu wyjazdowi, grupa naszych przyjaciół znacznie się powiększyła... Jest co wspominać, jest za co dziękować...
Poza tym sierpień obfitował w wyjazdy na Orawę
i w inne wiejskie klimaty
i w cudowne zachody słońca, najpiękniejsze na Orawie...
W sierpniu też wyjechaliśmy do Anglii w poszukiwaniu lokum dla nas.Wtedy też podjęliśmy ważne dla nas decyzje... ważne i stresujące i prawie nieodwracalne...
Towarzyszył nam REM ze swoim utworem
WRZESIEŃ
Wrzesień rozpoczęliśmy od urodzin Hanusi (dziecko wojny jak to mówi chrzestny)...
I stało się... na to czekaliśmy 3 lata, i choć wiedzieliśmy, że będzie trudno i niepewnie, to podjęliśmy to ryzyko...
We wrześniu przeprowadzaliśmy się kilka razy - jak cygani z obładowanym samochodem...
Anglia przywitała nas latem stulecia, było gorąco, bezdeszczowo i bardzo przyjemnie. Po wielu perypetiach w końcu znaleźliśmy domek dla nas.
W naszym nowym domu trzeba było wyczyścić wszystko... Hania bardzo się zaangażowała...
PAŹDZIERNIK
Październik obfitował w okoliczne wycieczki, liczne odwiedziny i próby zorganizowania sobie życia na miejscu z czym związane jest wypełnianie mnóstwa dokumentów...
Cóż Anglicy lubią czekać, więc musieliśmy się do tego dostosować. Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy nas w tym czekaniu wspierali...
Nasi wyczekiwani, zwłaszcza przez Hanię, goście...
LISTOPAD
Niestety ochłodziło się i już nie było tak fajnie, ale i tak jak tylko mogliśmy, wybieraliśmy się gdzieś poza miasto, zwłaszcza, że Olek był już nieco przemęczony nauką i bardzo potrzebował takiej odskoczni.
Z Wiktorem, najlepszym kolegą Hani, na jednym z naszych jesiennych wypadów
W listopadzie wzięłyśmy z Hanią udział w konkursie na projekt bohatera... i wygrałyśmy, a właściwie wygrał nasz bohater - Niepełnosprawny Anioł Stróż. Nadal czekamy na nagrodę, która wkrótce zostanie przywieziona do nas z Polski.
Listopad zakończyliśmy świętowaniem Andrzejek w Truro oraz tradycyjnym laniem wosku ( niektórzy katolicy zwyzywają nas od diabłów, ale co tam, lałam co roku i tak też pozostanie w naszej rodzinie).
GRUDZIEŃ
Czas oczekiwania jest zazwyczaj czasem ekscytacji i przygotowań... niestety nam tego trochę zabrakło, ale tak to bywa, gdy jest się osadzonym w innej kulturze, z dala od rodziny, od swoich przyzwyczajeń... Jednak dzięki przyjaciołom dało się przetrwać i było, o dziwo, dobrze. Na wspomnienie zasługuje oczywiście Św. Mikołaj, który zrobił nam wielką niespodziankę...
Wigilia była jak w Polsce, z dwunastoma potrawami, z prezentami pod choinką, z rodziną (skype'owo) i z Pasterką, z czego bardzo się cieszymy...
A rok zamknęliśmy z przyjaciółmi w Truro - jakże dobrze się tam zawsze czujemy... swojsko i bez skrępowania - taki właśnie powinien być dom przyjaciół!!!
Jaki był ten rok? Ze względu na decyzje, nie za łatwy, ale jak czas pokazał, był bardzo dobry. Udało nam się zrealizować dwa główne cele: delfinoterapię i przeprowadzkę - co wcale nie było takie łatwe. Gdy rozwiązywaliśmy jedne problemy, inne nagle zaczynały się piętrzyć; gdy te rozwiązaliśmy, żeby nie mieć zbyt łatwo, kolejne dawały znać o sobie - i tak w kółko. Nawet tuż po przybyciu do Anglii... Ale oboje mieliśmy wewnętrzne przekonanie, że będzie dobrze.
ZAUFANIE - to fundament nie do zdarcia, przynajmniej tak mi się wydaje, a co zostało potwierdzone w tym roku... JEST ZA CO BYĆ WDZIĘCZNYM!