"Nie płacz w liście
nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
Kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
Odetchnij, popatrz
Spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz"

ks. Jan Twardowski


















środa, 9 marca 2011

To nie było zwykłe przeziębienie...

Myślę, że Środa Popielcowa to dobry dzień na pisanie o tym feralnym wtorku. 4 grudnia to Barbórka, w naszej rodzinie hucznie obchodzona... Dwóch górników i Barbara to wystarczający powód. Do tego dołączył Marcinek - siostrzeniec Ola, tego dnia obchodził pierwsze urodziny... Moim przekleństwem jest pamiętanie dat... I dzień ten zapamiętam jako ten, od którego wszystko było inne.
Szykowałam się do wyjścia z domu. Czekałam na Gabi, która zazwyczaj podrzucała mnie do centrum miasta, w okolice Colleage'u, gdzie miałam lekcje angielskiego. Olo jeszcze spał, a Asia bawiła się w łóżeczku. Weszłam po coś do sypalni i zauważyłam, że Asia się dziwnie porusza. Nie było z nią kontaktu... Jej policzek co chwilkę wykrzywiał się do uśmiechu, właściwie to pół twarzy tak się zachowywało, również rączka co jakiś czas się zamykała i otwierała. Zebraliśmy się i pojechali do szpitala. W trakcie jazdy nagle Asia zwymiotowała i "powróciła", znowu była sobą. W szpitalu najpierw zrobiła z nami wywiad pielegniarka, potem Asię zbadał lekarz na ratownictwie. Atak trwał aż 45 minut, więc czekaliśmy na pediatrę. Przyszedł młody, przystojny doktor, Mark Newyear - pamiętam go dokładnie, gdyż później często przyszło nam się spotykać, niestety. Przebadał Asię, pobrał krew, wypytał szczegółowo o wszystko, co mogłoby być istotne. Przypadek był na tyle rzadki, że wezwano konsultanta pediatrii (najlepszego pediatrę w szpitalu). Doktor Andrew Collinson nie odkrył nic nowego, starał się postawić trafną diagnozę - nietypowe drgawki gorączkowe - nietypowe bo Asi amiała tylko 37,6. Wszystko nam wytłumaczył, uspokoił i zostawił na noc w szpitalu na obserwację. Z Asią było już wszystko w porządku, lekki katarek i tyle, więc po południu byłyśmy już w domu. Po tej wizycie w szpitalu pozostał nam śliniaczek od chłopaków z Exeter FC, którzy odwiedzali przed świętami chore dzieci i zostawiali im drobne prezenty. Pamiętam jak któryś z nich życzył Asi by na święta była juz w domu. Pomyślałam sobie wtedy, że jasne, że będziemy, przecież jutro wychodzimy. Myliłam się, bardzo...

piątek, 4 marca 2011

Ostatnie zdjęcie zanim...

Dla rodziców ich własne dziecko zawsze jest najpiękniejsze (bo miłość upiększa), ale Asia podniosła poprzeczkę bardzo wysoko. Pogoda jej ducha i coś tam w środku, sprawiły, że ludzie mówili: "Piękna, to za mało powiedziane..." Kiedy w końcu dotarło do nas jak bardzo ją kochamy (aż dziwiliśmy się, że można kogoś obdarzyć takim uczuciem), Asia miała już jakieś 10 miesięcy. Po wojskowym czołganiu, zaczęła bardzo szybko raczkować aż w końcu odkryła, że może przytrzymując się stanąć na własnych nóżkach. Te nowe, niepewne ruchy wyglądały bardzo zabawnie.
Teraz, gdy to wspominam, zastanawiam się, czy to wszystko działo się na prawdę. Zdjęcia przypominają mi, że TAK. Zwłaszcza to jedno... Zrobione w sobotę, dwa dni przed wtorkiem. Dziwne, że tak dobrze to pamiętam.

środa, 2 marca 2011

Little Swimmers

Jesienią Asia zaczęła kurs pływania. Trochę za późno, bo już zbyt wiele rozumiała z tego, co się dzieje. Ale przecież lepiej późno niż wcale. W soboty wraz z innymi dziećmi uczyła się nurkować. Nie za bardzo jej się podobało pływanie pod wodą, ale dawała radę. Poza tym pluskanie sprawiało jej taką przyjemność.  Więc co tydzień wciskaliśmy ją w pampersa do pływania, na to zakładalismy specjalne majtki (tzw. podwójna ochrona) i sruuuuuuuuuu do wody. To był piękny widok jak płynie pod wodą i wypływa na jej powierzchnię. Niestety Anglicy nie przejmują się przeziębieniami swoich dzieci i Asia na basenie podłapała grypę od kolegi... To było pierwsze jej przeziębienie.













wtorek, 22 lutego 2011

Wakacje

 
Wakacje, to czas, na który wszyscy zawsze czekają. Dla młodej mamy to nie ma znaczenia, "wakacje" są cały czas - chyba że się wróciło do pracy. Dla nas te wakacje były wyjątkowe, bo: po pierwsze z Asią, po drugie z różnymi gośćmi, których mieliśmy przez bite trzy miesiące oraz po trzecie, gdyż udało nam się kilka dni spędzić w Irlandii z naszymi najlepszymi przyjaciółmi.

z tata oraz wujciem Sławkiem i Szymciem

ukochana córeczka tatusia


odkrywanie świata

z mamusią

z widokiem na rajską plażę


męskie rozmowy w Irlandii, w miejscu, gdzie narodziło się chrześcijaństwo


piknik

choć starsza tylko 3 miesiące to mobilniejsza

z wujciem Wojtkiem










sobota, 19 lutego 2011

Miejsca szczególne...

Dawaliśmy Asi większy wycisk niż ona nam. Nasza mała podróżniczka... Chcąc gdzieś jechać musielismy zabierac ją ze sobą - sama przyjemność, jak nie w wózku, to w nosidełku... Zjechaliśmy cały Devon i Kornwalię, a jeszcze tyle miejsc pozostało do zobaczenia i zachwycenia. Gości zabieralismy zawsze do Parku Dartmoor, gdzie owce śpią na drodze a dzikie konie nieraz są przeganiane by móc przejechać. To takie nadal dzikie miejsce, gdzie natura stara się rządzić własnymi prawami a człowiek jest tylko gościem. Drugie miejsce to Tintagel - ze względu na magię miejsca, atmosferę i piękno... To trzeba zobaczyć i poczuć. Jeśli starcza czasu to koniecznie jedziemy do Portcurno na rajską plażę, odwiedzamy pobliski Minac Theatre - teatr na klifie oraz Land' End, czyli dosłownie, koniec świata, najbardziej wysunięty na zachód fragment Anglii. Tych wszystkich miejsc nie da się zliczyć... każde zachwyca na swój sposób, ale te trzy są dla nas szczególne.

Dartmoor Park


Tintagel

Land's End



niedziela, 13 lutego 2011

Smak dzieciństwa

Daleki spacer przez wzgórza, pola, lasy... Trzeszczenie lodu pod stopami i skakanie przez zamarznięty potok. Jak miło było sobie przypomnieć zabawy z dzieciństwa...

środa, 9 lutego 2011

Pierwsza wizyta w Polsce

Do Polski mieliśmy już lecieć w kwietniu, ale okazało się, że na termin w  konsulacie RP w Londynie w sprawie paszportu dla Asi musimy poczekać 4 miesiące, wizytę przełożyliśmy na wrzesień. Wyprawiliśmy dla niej chrzciny jak się patrzy! Sam chrzest też był niezwykły. Udzielał go nasz znajomy ksiądz Krystian (który jak tylko dowiedział się, że spodziewamy się potomka, mówił do mnie "cześć dziewczyny" - skąd on to wiedział? Wraz z Asią chrzono dwoje chłopaków. Rodzice naubierali ich, a tak ciepło było. Asia nawet gołe stopy miała - i tak jej zostało do dziś, jak tylko ma taką możliwość, to je od razu ściąga. W połowie uroczystości (dodam, że było to święto Najświętszego Serca Jezusowego - odpust w naszej parafii), rozpętała się burza z gardobiciem. Było tak głośno...Jak przyszła, tak odeszła...jak to burza.


Później pojechaliśmy do mojego domu rodzinnego w górach. Babcia dumnie spacerowała po osiedlu, a dziadek oprowadził Asię po ogrodzie, zapoznał z psem i kotem. Jednym słowem wiejska sielanka.


Potem wizyta w ukochanym przez nas Krakowie. Jest to miasto, które zawsze będzie wywoływać u mnie tak bardzo pozytywne emocje i odczucia. Poza tym sporo naszych przyjaciół tam pozostało...






No i nie mogło zabraknąć  naszych pięknych Tatr. Tradycyjnie pojawiła się Dolina Chochołowska. Asia musiała poznać to miejsce. W końcu tam spędzałam wakacyjne miesiące. Miejsce tak kochane przeze mnie... i ludzie, którzy tam żyją...




wtorek, 8 lutego 2011

Odkrywanie oceanu...

Jest w Anglii miasto Newquay, które słynie z najlepszych szkół windsurfingu, a co za tym idzie, warunków pogodowych. Plaża jest długa i szeroka, ale czasem całkowicie zalana przez przypływ. Właśnie tam wybraliśmy się w piękny kwietniowy dzień. Było cudnie. Piknik na plaży, chodzenie na boso po nawet ciepłym piachu i powiedzmy, pierwsza kapiel Asi, a właściwie pierwsze zanurzenie stóp w wodzie. Była bardzo zdziwiona nowymi doświadczeniami. Po kąpieli fish&chips a potem dalsza podróż do Tintagel - miasteczka słynącego z narodzin legendarnego króla Artura. Do miasta tego, będziemy często wpadać z gośćmi. Ruiny zamku na klifie robią niesamowite wrażenie a miejsce to, w zależności od pory roku i dnia wygląda inaczej...






czwartek, 3 lutego 2011

Przygoda czy głupota

Takie rzeczy mogą się przydarzyć prawie każdemu a zwłaszcza komuś, kto nie mieszka nad morzem i nie zna się na przypływach i odpływach. To chyba był kwiecień. Wybraliśmy się na spacer nad morze do Exmouth. Jest tam ładna plaża, którą można pójść z wózkiem na wschód ok. 3 km (dodam, że musi to być wózek terenowy). W plażę miejscami wbijają się wysokie klify, na zboczu których biegnie ścieżka do trekingu (w ten sposób można zejść wybrzeżem całe Zjednoczone Królestwo). Szliśmy tam pierwszy raz. Było przyjemnie, Asia nie marudziła więc zaszliśmy tak daleko na ile pozwalała nam plaża.

Było ładnie, ciekawie, przyjemnie. Nic nie zapowiadało "katastrofy".

Nagle morze zaczęło falować i przybliżać się...


 Gdy doszliśmy do tego punktu, zauważyliśmy, że piasek robi się mokry... Postanowiliśmy wracać, a właściwie gnać. Taka głupia decyzja podyktowana była tym, że mieliśmy wykupiony parking do konkretnej godziny (nie lubię tego systemu, ale na szczęście w Anglii zaczęli od niego odchodzić). Więc, gdybyśmy się zdecydowali na powrót "górą" (nie znaliśmy jeszcze tej trasy i nie byliśmy pewni czy damy radę tamtędy przejść), nie zdążylibyśmy na parking i pewnie kosztowałoby nas to spóźnienie jakieś 100 funtów. 3km to kawał drogi. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak przypływ szybko przychodzi. Byliśmy zestresowani... więc popełniliśmy kolejny błąd. W jednym, chyba z dwóch czy trzech miejsc, gdzie klif wrzyna się w plażę, pojawiła się woda. Więc zdjęliśmy buty, ja wzięłam Asię i bagaże, a Olo wózek i przeszliśmy po wodzie. Ubierając buty spostrzegliśmy, że znaleźliśmy się w potrzasku...jakieś 100 metrów dalej kolejny klif odciął nam przejście, a tym wcześniejszym już nie można było wrócić... Byliśmy przerażeni, ale na szczęście nie byliśmy sami. Ale cóż to za pocieszenie w obliczu nadchodzącej śmierci.
Ktoś pod klifem zaczął nas wołać. Ujrzeliśmy nasze wybawienie...
Metalowe schody... Gdy robiliśmy to zdjęcie prawdopodobnie ich nawet nie zauważyliśmy. Po tej przygodzie, Olek każdemu o nich opowiada.
Dobrzy ludzie pomogli nam się na nie wdrapać. Nie było to łatwe z wózkiem, fotelikiem, tobołami i Aśką, ale dzięki temu mogliśmy podziwiać morze "z góry" i szybciej wrócić na parking.
Teraz za każdym razem wchodząc w Angli na plażę sprawdzamy czy nie ma informacji o nadchodzącym przypływie...

środa, 2 lutego 2011

Najmilsza Wielkanoc

Wielkanoc 2007 roku była najmilszą jaką pamiętam. To był taki piękny czas. Moja rodzina zdecydowała się przyjechać, aby poznać swoją pierwszą wnusię. Było tak ciepło... Było święcenie pokarmów, odwiedziny przyjaciół, zwiedzanie miasta, wypad na plażę, przecudne uroczystości kościelne. Gdy oglądam zdjęcia, łza kręci się w oku. Wszystko było tak, jak miało być. Asia rozkochiwała w sobie wszystkich dookoła.

Pierwsze spotkanie z babcią



przed katedrą w Exeter
bardzo prywatne poświęcenie pokarmów
Nasz koszyk wielkanocny
Wielkanocne śniadanie
rodzinka na plaży
zdziwiona....
lunch time...
 
Miłość od pierwszego wejrzenia


Rodzeństwo na spacerze








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...