"Nie płacz w liście
nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
Kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
Odetchnij, popatrz
Spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz"

ks. Jan Twardowski


















niedziela, 20 listopada 2011

Przeprowadzki

Po małym przerywniku (najbardziej aktualnym, czyli radości z nieobecności napadów u Asi, wracam, by nadrobić ostatnie miesiące. Już niewiele pozostało...



Skończyłam na pakowaniu... Już większość rzeczy była w piwnicy, również i te rzeczy, które chcieliśmy zabrać ze sobą. Było tego tak dużo, że już wtedy wiedziałam, że nie weźmiemy wszystkiego, ale co tam... resztę można Przecież dokupić. W pakowaniu bardzo pomogło mi Asi przedszkole... tak wiem, brzmi to dziwnie..., ale po wakacjach wszyscy tak się za nią stęsknili, a na dodatek, wiedzieli, że wyjeżdżamy, że chcieli ją mieć przy sobie do samego końca. Oj, jak bardzo mi to pomogło. Asia na widok przedszkola tak bardzo się cieszyła i była zupełnie inna, chciała współpracować, była pogodna, nie marudziła... czyżby delfiny? Kto tam wie? Nieważne... podczas gdy Olo jeździł i załatwiał masę innych formalności, ja nas pakowałam... i pakowałam i pakowałam... i sprzątałam. I wszystko byłoby OK gdyby nie telefon z Anglii - na dzień przed naszym wyjazdem. Otóż szanowny właściciel domu, który mieliśmy wynajmować, rozmyślił się i wycofał ofertę... Z agencji przepraszali nas, zapewniali, że wcześniej im się to nie zdarzyło, że to bardzo nie fair, że gość zapłaci karę (im a nie nam, kurcze, a to myśmy w końcu najbardziej na tym stracili). No tak, nie możemy mieć w życiu za łatwo!!! Cóż było robić, siadłam przed internetem i sprawdzałam oferty, które wcześniej zapisałam jako atrakcyjne. Olo dzwonił i dzwonił i kurka wodna, albo nieaktualne, albo brali nam to inni sprzed nosa. Mamy problem, jednym słowem... Czekaliśmy na ten wyjazd 3 lata. Po drodze gromadziły nam się problemy, my je rozwiązywaliśmy, i mało tego, zawsze na tym wychodziliśmy lepiej, więc stwierdziliśmy, że może lepiej, że teraz tak się stało, a nie po dwóch miesiącach mieszkania... Będzie dobrze, na pewno, tylko czemu za każdym razem jakoś tak mamy po górkę? Nieważne, mamy przyjaciół, mamy gdzie mieszkać, więc jakoś to będzie. Człowiek zawsze jakoś może sobie to wszystko wytłumaczyć...
Ale jak dla mnie to już było za dużo... dostałam reisefieber w postaci jednodniowej depresji... łzy lały się strumieniami... ale o szczegółach nie ma co pisać, bo po co? Nic ciekawego. Wylało się oczami i przeszło!


Wyjechaliśmy bez pośpiechu (garnki się nie zmieściły...;-)) )... bez pośpiechu tzn. ok 10:00, jakoś tak ostatnio nie naciskaliśmy na czas, po prostu jak wyjdzie, tak wyjdzie. Do granicy z Niemcami jakieś 3h a potem sruuuu. A4 to fajne auto, ale niemiecka A4 jeszcze fajniejsza - ta autostrada robi wrażenie... (nasz odcinek do granicy też super, ale tam mają 3 pasy, betonowe, coś pięknego). Przez Niemcy się jedzie i jedzie i jedzie, i czasem można pobłądzić, nawet z GPSem..., a potem była Belgia. Słońce zaszło i jechało się trudniej. Plusem w Belgii jest to, że mają oświetlone autostrady. A potem w końcu Francja... Do motelu (tu polecam najzwyklejszy Formula 1 - tanie i na jedną noc spokojnie wystarcza - 30-40 euro za pokój) dojechaliśmy ok 1 w nocy, było ciężko, ale w końcu się udało. A rankiem śniadanko i dawaj godzinka do Calais na prom. Tu frajdę miała Hania, bo całe wakacje oglądała Bolka i Lolka ("W 80 dni dookoła świata"), a oni tam płynęli takim promem... Dwie godzinki i już Anglia, znane drogi, zabudowania itp. Wieczorem dojechaliśmy w końcu do Truro...
No, ale to nie koniec historii z przeprowadzką... Jeździliśmy do Plymouth oglądać domki i mieszkania... tragedia. Jak jeszcze dwa tygodnie wcześniej było w czym wybierać, tak teraz, pożal się Panie Boże... A to śmierdzące, a to wstrętna okolica, a to ogrzewanie na prąd, a to za małe, a to brudne... ręce opadały... Jak już coś fajnego się pojawiało, to za moment już było nieaktualne... co za pech! No ale wiedzieliśmy, że przecież w końcu coś musi się znaleźć! I się znalazł domek: ładny (powiedzmy, że ładny), duży (z trzema duuuużymiiii sypialniami), czysty (przecież nie będę się czepiać), nowy (kilka lat więc nówka, co tu gadać), ekonomiczny ( super ekonomiczny!!!), o dobrej lokalizacji (jak się w praniu okazało, w bardzo dobrej likalizacji: park, kościół, sklep, do centrum na nogach 30-40 min.), z miejscem parkingowym (każdy posiadacz auta wie jak jest to ważne), z ogródkiem (takim angielskim, ale kawałek trawki jest, i grilla zrobić można). Jak go oglądnęliśmy, stwierdziliśmy, że rezerwujemy... już byliśmy zmęczeni szukaniem i oglądaniem. Ale jak to w Anglii, swoje trzeba odczekać. Agencja musiała wszystko przygotować, sprawdzić więc jeszcze tydzień pomieszkaliśmy u Gabi i Roberta... (a było nam u nich bardzo dobrze i bardzo smacznie).
W końcu nadszedł ten dzień, dostaliśmy klucze, przewieźliśmy nasze rzeczy i zamieszkaliśmy w naszym "nowym domku". Nie żeby było pięknie od samego początku, kilka nocy musieliśmy przespać na podłodze, a  posiłki konsumować przy dziecięcym stoliku, siedząc na pudłach z książkami, ale w końcu od czego jest IKEA??? I od czego jest żona... szkoda, że nie zrobiłam kilku zdjęć, bo pewnie nie wszyscy uwierzą, ale sama poskręcałam wszystkie meble, niczego nie zabrakło i nic nie zostało, do tej pory żadna komoda się nie przewróciła czy zarwała...  a teraz, jak już mamy stół, krzesła, sofy jest super! Zapraszamy!!!




środa, 16 listopada 2011

Rok bez napadów, no prawie...



Tak sobie kiedyś marzyłam o takim dniu..., zastanawiałam się, czy kiedykolwiek nastąpi... Życie wiele razy nas  zaskakiwało, niestety również negatywnie, więc zaczęliśmy z rezerwą podchodzić do naszych oczekiwań względem Asi, patrząc jednak nieustannie w stronę światełka w tunelu. 
I stało się!!!
Dzisiaj mija rok, od kiedy Asia nie ma napadów (prawie rok, bo jakiś taki jeden słabiutki przyplątał się w Wielką Środę, ale ten się nie liczy...) I choć nie ma tortu ani gości (zawsze ktoś może jeszcze do nas wpaść), to nasze serca dziś świętują. Mało tego, Asia przed chwilą powiedziała "mama"... tak długo nie wypowiadała tego słowa, więc tym większa ta nasza radość. Ale tak to już z nią mamy, coś jest, potem zanika, aby w najmniej oczekiwanym momencie powrócić.


wtorek, 15 listopada 2011

Przygotowania do przeprowadzki

Po powrocie z delfinoterapii się zaczęło...  Przeprowadzka...
Pojechaliśmy z Olem do Anglii, aby znaleźć jakieś lokum dla nas. Już dłuższy czas śledziłam tamtejszy rynek nieruchomości, a że nie udało nam się sprzedać domu, szukaliśmy czegoś do wynajęcia. Miałam kilka ofert znalezionych w internacie, ale co z tego, że ładnie coś na zdjęciu wygląda. W przypadku Anglii, trzeba wejść, powąchać, pooglądać, sprawdzić jakie okna, ogrzewanie, okolica...
Plymouth nie znaliśmy, więc tak na prawdę nie wiedzieliśmy, które dzielnice byłyby dla nas bardziej odpowiednie. Wcześniej sprawdziłam umiejscowienie szkół specjalnych i wyszło, że raczej musimy szukać na północny zachód od centrum - więc sprawa załatwiona. W grę wchodziło przynajmniej 2-double bedroom flat/house... to znaczy z dwoma odrębnymi sypialniami nie licząc salonu. I tak mniejszego by nam nie wynajęli. Czekały nas codzienne podróże z Truro do Plymouth... Miło je wspominam i tak bardzo kojarzą mi się z konkretną piosenką:




Pierwsze mieszkanie było prześliczne, pokoje jak na Anglię duże, bardzo ładnie zaprojektowane, ale... na zadupiu. Bez auta czy autobusu ani rusz, a sklepu też w pobliżu nie widziałam. Ale jakby co, to widzieliśmy i wiemy jak wygląda. Druga nieruchomość znajdowała się na bardzo ładnym, malowniczym osiedlu. W pobliżu plac zabaw, Lidl i Tesco, do szkoły nie daleko. Domek miał 3 sypialnie - niewielkie, ale w sam raz i olbrzymi ogród zimowy. Cena trochę wygórowana, ale tak nam się spodobał, że postanowiliśmy więcej nie szukać tylko wziąć ten. Podpisaliśmy papiery, wpłaciliśmy kasę, ale klucze mogliśmy dostać dopiero w piątek. Więc w pozostałe dni odpoczywaliśmy w Truro u przyjaciół. Niestety zadzwoniono do nas, że właściciel będzie mógł być w agencji dopiero w sobotę, a my już mieliśmy wykupiony prom i nie mogliśmy zostać dłużej, więc zdecydowaliśmy się na odbiór kluczy jak już przyjedziemy do Plymouth z dziewczynkami. Tak więc załatwianie mieszkania poszło szybko i łatwo (ale tylko dlatego, że Olo miał już kontrakt z pracy, że potwierdzili jego zarobki oraz że mieliśmy referencje od poprzedniej właścicieli mieszkania, które wynajmowaliśmy w Exeter).
Po powrocie do domu zaczęło się pakowanie rzeczy, wyrzucanie tych niepotrzebnych i wynoszenie do piwnicy tych, które może kiedyś będą potrzebne. Było tego sporo... Z przeprowadzki zrezygnowaliśmy, za te pieniądze postanowiliśmy kupić w Anglii nowe meble, po prostu się to nie opłacało. Oczywiście im bliżej było do terminu wyjazdu, tym bardzie się przejmowaliśmy tą naszą decyzją.

Tak bardzo żal nam było opuszczać nasz dom... ale decyzja zapadła już dawno...


niedziela, 13 listopada 2011

Wyrazy wdzięczności...

„Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”



Kochana rodzino, drodzy przyjaciele, przyjaciele naszych przyjaciół, znajomi oraz znajomi naszych znajomych oraz wszyscy, których nie znamy i może nigdy nie poznamy…







Życie nam poszczęściło. Obdarzyło nas najpierw sobą nawzajem, a następnie dwoma wyjątkowymi córkami: uroczą Hanią, dziewczynką z charakterkiem oraz Asią, dzieckiem, które potrafi rozkochać w sobie każdego, jeśli się tylko na to jej pozwoli. W pewnym momencie obdarzyło nas również chorobą, cierpieniem i nieustającą rehabilitacją… oraz nadzieją.
Dziękujemy za zaistnienie w naszym życiu, czy to przez Waszą realną obecność, czy przez pamięć, czy modlitwę… to dla nas wiele znaczy. Gdy nam brakuje sił, wytrwałości, wiary, czerpiemy ją od Was.
Dzięki Waszej pomocy finansowej udało nam się w tym roku wyjechać na delfinoterapię, bez Was ten wyjazd nie doszedłby do skutku. I choć na efekty musimy cierpliwie czekać, to już teraz zauważamy mikroskopijne postępy. W przypadku naszej Asi to i tak dużo. Dziękujemy za Waszą wrażliwość, zrozumienie, dobre serce i życzymy, by życie Wam to wynagrodziło…

Dziękujemy z całego serca

czwartek, 10 listopada 2011

Wypłakane poduszki czyli troszkę o efektach delfinoterapii

Delfinoterapia nie czyni cudów, powie to każdy terapeuta czy rodzic dziecka, które brało udział w tej formie terapii. Ale to nie znaczy, że nie pomaga... Cóż, bądźmy realistami, w przypadku neurologicznych, metabolicznych czy genetycznych zaburzeń potrzeba lat terapii i nie rzadko morza wylanych łez, aby zobaczyć jakiś efekt. Jak już wcześniej pisałam, delfinoterapia to taka bomba stymulacji dla mózgu (dlatego zaleca się ją nie częściej niż raz na pół roku) i u jednych efekty można zauważyć już w trakcie jej trwania, a u innych później, a jeszcze u innych w ogóle nie będzie efektów, albo będą ledwo zauważalne. 
Jest to także forma delfinoterapii rodzinnej, i wcale nie przez wspólne pływanie z delfinami, ale przez bycie z osobami, które przeżywają to samo. Człowiek jakoś unika grup wsparcia, ileż to można gadać o tym samym??? Poza tym to też bardzo boli, gdy widzisz inne, nie w pełni sprawne dzieci i walkę ich rodziców.
Wakacje to taki dobry czas, bo można pobyć z rodziną całą dobę, bo się nie pracuje, bo cały swój "światek" pozostawia się tam, gdzie jego miejsce... Ciepło słońca, piękna natura, inne jedzenie i ogólnie pojęte wypoczywanie, sprawiają, że człowiek nabiera dystansu. Nie zapomina o problemach, ale na chwilę się od nich uwalnia. Cóż, my się nie mogliśmy od nich uwolnić, w końcu to wyjazd terapeutyczny, więc wszystko kręciło się wokół naszych małych bohaterów. Od początku byliśmy zachęcani przez organizatorów do integracji. Na samą myśl o tym, chciało mi się uciekać... Olowi również...
Postanowiliśmy nie robić niczego na siłę. Przy basenie miło się plotkowało z innymi mamuśkami, na tarasie towarzyszyło palącym i pijącym kawę, a wieczorami, gdy dzieci spały, jakoś tak samo wychodziło, ze zasiadaliśmy do stolika na drinka lub lampkę wina... potem dołączało się kolejny stolik, by inni się dosiedli, a potem, jeszcze jeden... i tak się siedziało, rozmawiało, goniło co chwilę by sprawdzić czy dzieci śpią...itp.
I tak każdego dnia... integracja sama się organizowała... a rozmowy toczyły aż do rana. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim tatom, którzy wtedy pozostali przy stoliku, gdy ich żony postanowiły przyłączyć się do dzieci. Mężczyźni już tak mają, że od czasu do czasu potrzebują tylko męskiego towarzystwa, męskich tematów, wyznań, wzruszeń... Dziękuję za to spotkanie, za  żarty, konserwę i za to jedno stwierdzenie z tej rozmowy: 
"Dość tych wypłakanych poduszek"...

To spotkanie, ta rozmowa to była najlepsza terapia...dla nas, dla Ola...
Gdy widzisz innych rodziców chorego dziecka, którzy pomimo tego przykrego faktu, potrafią cieszyć się życiem, realizują się, podróżują, jakoś po prostu żyją... Gdy widzisz, że innym jest ciężko, że tak jak ty płaczą, gdy nikt nie widzi... Gdy masz okazję pobyć z takimi ludźmi nieco dłużej... To mówisz sobie: "Damy radę!" Zaczynasz wierzyć, że jakoś to będzie...




środa, 9 listopada 2011

Efez

Tego samego dnia wybraliśmy się grupą do Efezu. Wcześniej słyszałam opinie typu "Dwie skorupy na krzyż" itp. Dlatego tym większe było moje zaskoczenie.
Weszliśmy bramą od strony Odeonu (Dzięki Ci Panie Boże, bo od dołu wózkiem by nie dało rady), i od razu byłam dobrej myśli... To niesamowite że już kiedyś Ludzie to wszystko mieli: łaźnię, kanalizację, bibliotekę, dom publiczny... Wszystko było zaprojektowane w tak mądry i piękny sposób, chylę czoła ówczesnym architektom...
Przez miasto szliśmy ponad dwie godziny, nawet nie zatrzymując się zbytnio, gdyż dzieci na to nie pozwalały. Ciężko uwierzyć, że miasto to miało kiedyś 400 tyś. mieszkańców... i że w sumie tak niedawno zostało odkryte i jest odkopywane do tej pory.

Efez, był dotąd największą dla mnie niespodzianką. Poniżej zamieszczam tekst zaczerpnięty z innej strony (http://turcjawsandalach.pl/content/efez) Na stronie tej można znaleźć dokładny opis zabytków Efezu, zapraszam do zapoznania się z nim.


"Położony w rejonie Turcji Egejskiej Efez jest prawdopodobnie najlepiej zachowanym miastem starożytnym w rejonie Morza Śródziemnego. W starożytności Efez był tętniącym życiem miastem handlowym oraz ośrodkiem kultu Cybele - bogini płodności. Obecnie prowadzone wykopaliska archeologiczne oraz prace konserwacyjne dają natomiast nadzieję na jeszcze ciekawsze wrażenia z odwiedzin w Efezie, więc w to miejsce warto wracać.
Efez jest również ważnym miejscem dla chrześcijan. Tutaj powstała jedna z pierwszych wspólnot chrześcijańskich w Azji Mniejszej, a święty Jan obejmował w Efezie stanowisko biskupa. Wspominał o Efezie w Apokalipsie, gdzie miasto zostało wymienione jako jeden z Siedmiu Kościołów Apokalipsy.
Jeżeli chcemy nabrać wyobrażenia, jak wyglądało życie miejskie w starożytnym Cesarstwie Rzymskim to możemy przespacerować się ulicami miasta, zajrzeć do miejskich szaletów czy domu publicznego, a następnie rozsiąść się wygodnie w amfiteatrze lub odwiedzić bibliotekę. Efez oferuje nam wszystkie te atrakcje i z pewnością nie będziemy rozczarowani."


A teraz czas na zdjęcia... będzie ich sporo, bo jest co pokazać...





Zaraz po wejściu na teren miasta, Hania zaczęła coś rysować palcem po piachu... nie chciała powiedzieć co, poza tym nie zwracała wtedy na nikogo uwagi, tylko rysowała...




Zaraz po wejściu do miasta znajduje się mnóstwo luźno porozrzucanych kamieni, fragmentów budowli, rzeźb...

Olo z Asią, ja z Hanią... pozwoliły nam na całkiem sporo... w tle Termy Variusa
Widok na Odeon i Drogę Kuretów

Pozostałości po termach
Droga Kuretów, ciągnąca się od Odeonu w stronę centrum miasta. Zgodnie z tradycją przechodziła tędy procesja kapłanów Kuretów niosących drewno do podtrzymywania świętego ognia.


Odeon to niewielki teatr mieszczący 1500-2000 osób. Odbywały się w nim koncerty i spotkania Rady Miasta

Atrakcje wzdłuż Drogi Kuretów

Droga Kuretów c.d.

Fontanna Pollia

Droga Kuretów od strony Biblioteki i Świątyni Domicjana
Monument Memmiusa


Brama Herkulesa - płaskorzeźba Nike

Widok na Bibliotekę Celsusa
Posąg Scholastyki


Przydrożne starocie...


Pozowanie przy Bramie Herkulesa


Hani Efez bardzo się podobał, pobiegać, powspinać, poskakać, pogonić kota...
Fontanna Trajana
Efeskie koty

Świątynia Hadriana
Przydrożna mozaika, jest ich tam więcej...


Biblioteka Celsusa - jak ta w delfinarium...

Posagi czterech cnót: Sofia, Arete, Ennoia, Episteme

W końcu jakieś nasze wspólne zdjęcie

Biblioteka z innej strony
Brama Mazeusa i Mitridiusza
Końcowe pozowanie Hanki

Ulica Portowa, jak nazwa mówi, prowadziła do morza, ale to niestety się cofnęło i było to jedną z przyczyn dlaczego Efez nie podniósł się po trzęsieniach ziemi...
Teatr Wielki, mieszczący się na zbiegu ulicy Marmurowej i Portowej, zaplanowany na 25 tysięczna publikę robi niesamowite wrażenie

Dźwig po prawej stronie był przeogromy...


Teatr Wielki to deser na zakończenie zwiedzania miasta...
Tuż przed wyjściem z miasta Hania ponownie zaczęła pisać palcem po piachu...



ps. wrócę tam, bez dzieci, aby spokojnie pochodzić, poczytać, pooglądać, pooddychać, podziwiać, może i popłakać (jak już na "p")...



czwartek, 3 listopada 2011

Meryemana - Dom Marii Matki

Muszę się szczerze przyznać, że o tym i innych ważnych dla chrześcijan miejscach dowiedziałam się dopiero, gdy kupiłam przewodnik po Turcji i sprawdzając najbliższe okolice Kusadasi, natknęłam się na coś o czy powinnam była wiedzieć. Wstyd mi było przed samą sobą... Przecież tyle razy czytałam Listy z Nowego Testamentu i jakoś nigdy nie raczyłam sprawdzić, gdzie dane miejscowości się znajdują i co się z nimi dzieje aktualnie. Wyjeżdżając do Turcji miałam wiedzę na temat największych atrakcji turystycznych, islamu (rady czego nie robić) oraz co nieco o Ataturku... A tu takie odkrycie. 
Nauczona odpoczywać "w ruchu" już wcześniej postanowiłam, że muszę się tam udać, zwłaszcza że to tylko jakieś 10 km od naszego hotelu. Jak się okazało, było więcej chętnych na wycieczkę. Oczywiście nie zdecydowaliśmy się na "ekskluzywnie drogą" propozycję biura TUI, tylko na własną rękę zamówiliśmy busa i wszyscy razem udaliśmy się do naszego pierwszego celu.

Domek Maryi położony jest na wzgórzu Coressus, tuż obok Efezu.Miejsce to zostało odnalezione pod koniec XIX  wieku przez wyprawę badawczą zorganizowaną przez księży lazarytów z Izmiru, po opublikowaniu książki Anny Katarzyny Emmerich "Życie Najświętszej Maryi Panny". "Książka powstała na podstawie zapisów z wizji zakonnicy zanotowanych przez Klemensa Brentano." Podany w książce opis położenia wzgórza, niewielkiego domku, detale związane z jego układem były dokładne z odnalezionym przez księży miejscem. 

Badania potwierdziły, że odnaleziona w tym miejscu budowla została zbudowana w VI wieku na starszych murach datowanych na I i IV wiek. To utwierdziło księży, że w miejscu w tym Maryja spędziła swoje ostatnie lata życia. Zgodnie z tradycją, po nasileniu się prześladowań w Jerozolimie, św. Jan sprowadził Maryję do Efezu około 37-45 roku .


Domek Marii, a właściwie to, co zbudowano na jego murach



Hania przejęta ważna rolą, zapalanie świeczek... jedna w intencji zdrowia Asi...



Za stwierdzeniem, że faktycznie odkryto miejsce, w którym zakończyła życie Matka Boża, przemawiały dodatkowo:


Jest to miejsce uznawane za święte przez chrześcijan i muzułmanów. Dzień 15 sierpnia jest obchodzony w sposób uroczysty, jako pamiątka Wniebowzięcia NMP. Przez cały rok przybywają tu wierni i turyści z różnych stron świata. 
Dom ten m.in odwiedził papież Paweł VI w dniu 6 czerwca 1967roku, papież Jan Paweł II w dniu 30 listopada 1979 roku oraz papież Benedykt XVI 29 listopada 2006 roku.



Wnętrze kaplicy



Okolice wzgórza, na którym znajduje się Dom Marii


Z ostatniej chwili...
Już po opublikowaniu tego posta, dowiedziałam się, że moja ciocia z wujkiem, byli tam trzy lata temu i zostawili na ścianie życzeń chusteczkę w intencji Asi... oto ten moment:




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...